niedziela, 10 marca 2013

O depresjach i samobójstwach... / Sakhe.

"Kamień zwany depresją.

(fot. DPA/Frank May/PAP)

Depresja to prawdziwa plaga: cierpi na nią już co dziesiąty Polak. Ale jest też inna plaga: mylenie z depresją zwykłego smutku. I łykanie garściami tabletek, które natychmiast mają zagwarantować szczęście.

W śmiesznej piżamie w misie Grzesiek, 42 lata, gnije w łóżku od czerwca. Nie myje się, nie je, chyba że coś wmusi w niego matka. Właśnie mu przeczytała, bo on sam nie czyta, o ślinie cieknącej z ust piosenkarki Marii Peszek. I o hamaku w Bangkoku, gdzie leczyła depresję. Od razu zrobiło się Grześkowi dziwnie. To nie tak, że artystce nie wierzy. Tylko dziwi go, że ze stanu podobnego do tego, w jakim był Jack Nicholson po lobotomii (to cytat z wywiadu), Maria tak się szybko otrząsnęła, a potem nagrała płytę. Grzesiek też chciałby tak cierpieć: kilka miesięcy w letargu, potem ciach i wracamy do roboty!

– Co ona wzięła, że to trwało tak krótko? – Grzesiek nie może się nadziwić. I jak to możliwe, że Maria Peszek chciała umrzeć tylko przez ostatni rok. On chce umrzeć od zawsze. A na pewno od czasu, gdy dostał od ojca pierwsze, ale nie ostatnie lanie pasem, do krwi. Za to, że stłukł talerzyk w polne kwiaty, jego ulubiony „Włocławek”. Grzesiek miał wtedy pięć lat. Ojciec umarł na serce, gdy Grzesiek zdawał maturę. Nie zdał, bo zażył leki nasenne. Skończyło się na płukaniu żołądka. – To dlatego, Grzesiu – stwierdził wtedy psychiatra – musisz do końca życia brać prochy. Więc brał, łykał codziennie. I co? – I jajco – mówi beznamiętnie.

Anja Orthodox, gwiazda gotyckiego rocka, po raz pierwszy do lekarza trafiła kilkanaście lat temu. Już wtedy dostała pigułki. Nie przynosiły poprawy. W końcu tak się zdołowała, że odstawiła leki. Lekarza też. – Moja depresja nie miała i nadal nie ma dużego nasilenia. Nie zmieniam się – jak niektórzy – w roślinę, nie patrzę przez całe dni w sufit. Ja tylko kamienieję – wyjaśnia. Bycie kamieniem oznacza na przykład, że nie odbiera telefonów. Albo nie włącza komputera. Dlaczego? – Bo tak – mówi Anja. – Chcę, ale nie włączę. Coś mnie blokuje.

No i jeszcze spanie, ile się tylko da. Bywało, że tygodniami leżała pod kołdrą. Szarą kołdrą. W końcu, dwa lata temu, zrobiło się już wokół Anji tak szaro, że wróciła do lekarza. Znów przepisał jej leki. O dziwo, tym razem pomogły.

Według statystyk już co dziesiąty Polak zapada na depresję. Przyznają się jednak do niej nieliczni. Wśród artystów: Kora, Kayah czy Kasia Klich, która kilka lat temu postawiła swoich znajomych na nogi wpisem na blogu, z którego wynikało, że chce ze sobą skończyć. Rocznie tę chorobę diagnozuje się u kilkuset tysięcy osób, a wkrótce chorych będzie zapewne więcej. W 2020 r. depresja – uważa Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) – będzie obok choroby niedokrwiennej serca najczęstszą przypadłością ludzkości.

– Depresja to nowy rodzaj raka, tylko że przeżera najpierw umysł, a potem ciało – mówi prof. Janusz Heitzman, prezes Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. – Bo powodów, by cierpieć, mamy dużo, za dużo. Nie wytrzymujemy wyścigu szczurów, w dobie pracoholizmu nie mamy ani chwili na refleksję, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. I nie mamy już tego hartu ducha, jaki miały choćby te pokolenia, które przeżyły naprawdę straszne czasy – wojnę i Holocaust.

Tymczasem w Polsce dramatycznie brakuje psychiatrów: na cały kraj mamy ich nieco ponad 2 tysiące (w Niemczech 6 tys.). Nakłady na zdrowie psychiczne należą do najniższych w Europie. Średnio w UE wynoszą 5 proc. całości wydatków państwa na zdrowie, u nas nieco ponad 3 proc. Politycy nie doceniają wagi problemu. Doceniają go za to firmy farmaceutyczne.


Era prozacu 

Dorotę pięć lat temu mąż, znany wrocławski biznesmen, rzucił dla młodszej. Trochę sobie popłakała, przez tydzień nawet mniej jadła. A potem poszła do psychiatry. – Bardzo, panie doktorze, cierpię – oświadczyła. Pan doktor nawet na nią nie spojrzał. Za to z marszu wypisał jej lek, wyjaśniając, że dzięki niemu zwiększy się Dorocie poziom odpowiednich substancji w mózgu.

– To znaczy? – zapytała nieśmiało. – To znaczy, że będzie pani już miała z górki, a nie pod – wzruszył ramionami. Faktycznie, miesiąc później Dorocie latało nawet to, że jej eksmąż zjawił się pod szkołą Kubusia z dziesięć lat młodszą od niej blondyną w kolii na szyi.

– Diamenty? Sorry, dziś największym przyjacielem kobiety są perełki z grupy SSRI – ironizuje i wybucha śmiechem. I tłumaczy: SSRI to tak zwane selektywne inhibitory zwrotnego wychwytu serotoniny, odpowiadającej za nastrój. Innymi słowy – antydepresanty.

Na zakończenie tamtej pierwszej wizyty psychiatra uraczył jeszcze Dorotę informacją, że dzisiaj w Polsce kobiety zapadają na depresję dwa razy częściej niż mężczyźni. A najbardziej te między 35. a 45. rokiem życia. Więc kiedy we wrześniu Dorota skończyła 40 lat, wytłumaczyła sobie, że ma kolejny powód, by sięgać po prochy. Brała je, gdy zaczął ją boleć kręgosłup po wakacjach w siodle na Mazurach (na których zresztą przeżyła intensywny, ale krótki romans z właścicielem stadniny). Także wówczas, gdy jesienią ubiegłego roku Kubuś zaczął przynosić ze szkoły same jedynki. Wreszcie zimą, gdy jak zwykle dopadła ją chandra, bo znowu wraz z pierwszym śniegiem w mieście zaczęły się korki.

– Smutek i lęk towarzyszące różnym zdarzeniom w naszym życiu są często mylone z depresją. Depresja to nie jest chwilowo obniżony nastrój wywołany doraźnymi zdarzeniami, tylko poważna choroba, która może być groźna dla życia – zapewnia dr Martyna Goryniak, psycholog i psychoterapeuta z Warszawy.

Dwa lata temu głośnym echem wśród psychiatrów i psychologów odbiła się książka polskiego psychoterapeuty i suicydologa Jarosława Stukana pod znamiennym tytułem „Toksyczna psychologia i psychiatria. Depresja a samobójstwo”. Autor udowadniał w niej, że w wielu przypadkach depresja mylona jest z przygnębieniem, nawet cierpieniem spowodowanym np. rozstaniem z ukochanym czy utratą pracy. Że naturalne, zdrowe reakcje na problemy dnia codziennego, na przeszkody, na które natrafiamy, traktowane są dziś często jak zaburzenie psychiczne. I że lekarze zamiast spróbować rozwiązać kłopoty, przecinają je, aplikując pacjentom leki.

– Jest taka pokusa, żeby sięgnąć po leki, bo one szybciej usuną objawy – zauważa dr Goryniak. – Jednak u wielu osób depresja jest reakcją na nierozwiązane i zaniedbane problemy i konflikty psychiczne, którymi po prostu trzeba się zająć. Taką możliwość stwarza psychoterapia.



Imitacja leczenia 

Rynek antydepresantów w Polsce wart jest dziś około 300 milionów złotych. – To biznes – przyznaje znany warszawski psychiatra, prof. Łukasz Święcicki. Zaznacza jednak, że wielu chorym leki na depresję rzeczywiście uratowały życie. Także jego pacjentom. A bywa, że trafiają do niego ledwo żywi, nawet w agonii. Bywa, że lekarz ma już do dyspozycji tylko elektrowstrząsy. A leki?

– No cóż, mamy tak proste i skuteczne rzeczy jak sole litu, które kosztują grosze – przyznaje psychiatra. – Ale żyjemy dziś przede wszystkim w erze prozacu i jego droższych następców. Problem tylko w tym, że skuteczność antydepresantów ocenia się zaledwie na 60 proc. To znaczy, że prawie co drugiemu pacjentowi nie pomagają wcale. – Niektórym nawet szkodzą – wzdycha prof. Święcicki.

Nie ma żadnych danych, ile antydepresantów sprzedaje się rocznie w polskich aptekach. Wiadomo jedynie, że ich podaż od lat 90. wzrosła kilkunastokrotnie. – Takie środki podlegają kontroli, o ile lekarz uzna, że mają być objęte refundacją. Wtedy jest rozliczany z recepty – przyznaje prof. Święcicki. – Ale wiele recept wypisywanych jest na sto procent odpłatności. Nie tylko przez psychiatrów, ale przez lekarzy najróżniejszych specjalności. Te są poza monitoringiem Narodowego Funduszu Zdrowia.

Efekt? Rok temu prawie 40 proc. antydepresantów przepisali Polakom interniści. Z jednej strony – twierdzą psychiatrzy – to dobrze, zwłaszcza na prowincji, gdzie specjalistów jest jak na lekarstwo, a chory w dramatycznej kondycji psychicznej może liczyć tylko na pomoc lekarza pierwszego kontaktu. Z drugiej strony, wielu pacjentów powinno takie środki zażywać pod ścisłą kontrolą, bo zdarza się, że w początkowym okresie mogą obniżać nastrój, nawet potęgować myśli samobójcze. Tymczasem zdarza się, że lekarze rodzinni aplikują je już kilkuletnim dzieciom. Tylko dlatego, że są niegrzeczne albo mają nerwowe tiki.

W lipcu tego roku brytyjski potentat farmaceutyczny GlaxoSmithKline na skutek ugody z amerykańską prokuraturą zgodził się zapłacić pacjentom z USA odszkodowanie w wysokości 3 miliardów dolarów. Za co? Między innymi za to, że jeden ze swoich antydepresantów reklamował właśnie jako lek dla dzieci. Z kolei sądy na Wyspach Brytyjskich są dziś zalewane przez pozwy pacjentów skarżących się, że lekarze przepisywali im pigułki na szczęście jak cukierki. W związku z czym nie mogą dalej bez pigułek żyć. Kilka procesów zakończyło się już przyznaniem przez sądy odszkodowań.

– I u nas tak będzie, jak w końcu pacjenci pójdą po rozum do głowy – kręci głową psychiatra z krakowskiego szpitala im. Babińskiego (prosi o anonimowość). – Wtedy, gdy zauważą, że zarówno lekarze, jak i państwo robią ich zwyczajnie w konia. To znaczy nikt im nie proponuje leczenia, a jedynie jego imitację.


W końcu się otruj 

Grzesiek z Krakowa po latach odstawił leki, bo przez głowę mu przeszło, że lepiej zadziała kozetka u psychologa. Zresztą, czy brał antydepresanty, czy ich nie brał, było identycznie. Trafił jakiś czas temu do psychiatry (jego stały lekarz był na urlopie), który szczerze przyznał, że z tymi prochami bywa różnie.

– Powiedział: pogadaj pan z ludźmi, wyjdź pan do nich, albo zaproś pan ich do siebie – żali się pacjent. Tylko kogo miałby dziś zaprosić? Do Grześka przychodzą już wyłącznie (nie licząc matki) nieproszeni goście, czyli ONI. Przychodzą w nocy, we śnie. I mówią. – Biedna ta twoja mama. Ile jeszcze chcesz być na jej emeryckim, dziurawym garnuszku? Dałbyś już, Grzesiek, jej spokój. W końcu się otruj. Tylko tym razem zrób to porządnie – podjudzają.

– Co w tym wszystkim jest najgorsze? – zastanawia się prof. Łukasz Święcicki, psychiatra. – Że ludzie z depresją po cichutku z naszych oczu znikają. Najpierw nie odbierają naszych telefonów, a potem zupełnie niezauważenie rozpływają się w niebycie.

Grzesiek z tym niebytem jeszcze niedawno nie chciał się pogodzić. Jakiś miesiąc temu w piżamce w misie zadzwonił do poradni zdrowia psychicznego. Powiedzieli mu, że państwowo przyjmą go w marcu przyszłego roku. A prywatnie? To od zaraz. Jedna wizyta u psychoterapeuty to koszt 70 złotych. Grzesiek rzucił słuchawką tak mocno, że telefon przestał działać."

ŻRÓDŁO: http://spoleczenstwo.newsweek.pl/kamien-zwany-depresja,96847,1,1.html (pierwsza strona, których jest pięć).


"Smutne filmy poprawiają nastrój.


Wyciskacze łez mogą sprawić, że widzowie będą się czuli bardziej szczęśliwi - twierdzą amerykańscy naukowcy.

Jak pisze internetowe wydanie „Communication Research”, uczeni z Ohio State University wykryli, iż oglądanie filmowych dramatów powoduje, że na krótki czas wzrasta nasze poczucie szczęścia. Śledząc perypetie fikcyjnych bohaterów zaczynamy bowiem myśleć o bliskich nam ludziach i skupiamy się na dobrych stronach naszego życia. - Tragiczne historie często dotyczą wielkich miłości i w związku z tym, skłaniają widzów do myślenia o ukochanych osobach i dobrodziejstwach ich własnego życia – tłumaczy Silvia Knobloch-Westerwick, główna badaczka.

Badanie zostało przeprowadzone na 361 studentach, którzy oglądali skróconą wersję filmu „Pokuta” z 2007 roku, opowiadającego historię dwojga kochanków, którzy zostają rozdzieleni i ostatecznie giną jako ofiary wojny. Uczestnikom badania zmierzono poziom szczęścia przed i po wyświetleniu filmu. Kilkakrotnie podczas oglądania, jak również po zakończeniu seansu, pytano badanych o odczuwane przez nich emocje. Na koniec pisali oni także o swoich wrażeniach dotyczących filmu oraz o ogólnych przemyśleniach.

Okazało się, że osoby, które były najbardziej zasmucone filmem, czerpały większą przyjemność z jego oglądania oraz wykazywały większą skłonność do myślenia o swoich bliskich. Wzrastało też ich poczucie szczęścia. Jednak pozytywny skutek oglądania smutnych obrazów dotyczy tylko ludzi, którzy zaczynają zastanawiać się nad związkami z innymi. Dobrostan psychologiczny tych, których myśli koncentrują się wyłącznie na nich samych, nie ulega zmianie.

- Dramaty nie zwiększają u ludzi poczucia szczęścia z powodu wzmożonego myślenia o nich samych. Wpływają one na widzów, bo pomagają im docenić ich własne relacje międzyludzkie – komentuje Silvia Knobloch-Westerwick. Badaczka twierdzi też, że jej praca może pomóc w wyjaśnieniu, dlaczego dramaty, choć smutne, są tak popularne wśród widzów."



"Depresja: jak rozpoznać symptomy.


Większość z nas doskonale zna emocjonalne symptomy depresji, niewielu jednak wie, że ta choroba wiąże się także z całym zestawem dolegliwości fizycznych. Co powinno Cię zaniepokoić?

Osoby z depresją bardzo często uskarżają się na tę dolegliwość. Jeśli dotąd miałaś problemy migrenowe, depresja może je nasilić.

Bóle pleców.
Bóle pleców, ramion, odcinka lędźwiowego kręgosłupa, mogą nasilić się w czasie depresji. Uczucie ogólnego rozbicia i bóle mięśni także mają często podłoże psychiczne.

Kłucie w piersiach.
Ten rodzaj bólu należy natychmiast skonsultować z lekarzem, żeby wykluczyć chorobę wieńcową. Depresja lubi „podszywać się“ pod kłopoty z sercem i daje bardzo podobne objawy.

Problemy trawienne.
Uczucie pełności w żołądku, przelewania, wzdęcia, występujące na przemian biegunki i zaparcia bardzo często mają podłoże psychosomatyczne. Oczywiście nie należy lekceważyć tych objawów i przede wszystkim skonsultować się z lekarzem. Depresja wpływa często na naszą wagę i zmianę przyzwyczajeń żywieniowych. Niektóre osoby dotknięte tą chorobą „zajadają“ problemy (zwłaszcza dostarczając organizmowi węglowodanów), inne przestają odczuwać łaknienie i gwałtownie chudną.

Wyczerpanie i problemy ze snem.
Depresja często powoduje problemy z zaśnięciem lub, wręcz przeciwnie, z obudzeniem się. Jeżeli rano trudno Ci się zwlec z łóżka, czujesz się wyczerpana, zniechęcona i nie wyobrażasz sobie poranka bez filiżanki smolistej kawy, lub jeśli budzisz się o czwartej nad ranem i długo nie możesz zasnąć – to mogą być pierwsze symptomy „choroby duszy“.

Większość leków przeciwdepresyjnych powinna wpłynąć na złagodzenie fizycznych objawów depresji, czasem jednak lekarz będzie musiał zastosować dodatkową terapię, dlatego nie wahaj się rozmawiać z nim o wszelkich objawach - nie tylko tych, które z Twojego punktu widzenia wiążą się z chorobą."



"Jak żyć z depresją, ale nie w depresji?


Kontynuując serię "książkowych spotkań w gabinecie psychologa-terapeuty" Ewa Woydyłło podejmuje temat depresji. Na rynek trafi poradnik "Bo jesteś człowiekiem, czyli jak żyć z depresją, ale nie w depresji".

– Z depresją nie można wygrać, ale można się jej przeciwstawić – najlepiej zanim całkowicie nami zawładnie – apeluje terapeutka Ewa Woydyłło i dodaje, że "depresja jest chorobą smutku, chronicznego braku uśmiechu. Dotyka najczęściej osób, które ćwiczą się w stanach depresyjnych latami, od młodości, od dzieciństwa. Z biegiem czasu umieją odczuwać jedynie przykre uczucie na każdy temat albo bez tematu. Umieją myśleć negatywnie o wszystkim, przede wszystkim o samych sobie".

Autorka, znana terapeutka, rozpoczyna od zdiagnozowania choroby i odróżnienia jej od okresowego obniżenia nastroju, z którym często depresja bywa mylona.

– Dawniej na depresję mówiło się bardziej poetycko - nostalgia, apatia...Jeszcze na początku XX wieku mówiono o melancholii, czyli stanie zadumy i smutku. Gdy zaczęła rozwijać się psychiatria, czyli od Freuda, Junga i Adlera, powstało słowo "depresja", które semantycznie oddaje sens choroby. Jest to coś, co jest poniżej pewnej normy. Tak, jak Holandia ma duże obszary depresji lądowej, ponieważ leży poniżej poziomu morza, to tutaj depresją nazywamy stan obniżonego nastroju – tłumaczyła Ewa Woydyłło

Autorka namawia czytelnika do uważnej samoobserwacji, ale i do korzystania z pomocy psychologa i lekarza. Opisuje możliwości leczenia depresji, poczynając od sposobów niemedycznych, a kończąc na różnych wariantach terapii profesjonalnych. Przekonuje, że psychoterapia, terapia indywidualna czy grupowa lepiej służą walce z chorobą niż leczenie farmakologiczne. Książka pozwala zrozumieć depresję i przekonuje, że z tej choroby można się wyleczyć.

W ramach promocji książki "Bo jesteś człowiekiem. Żyć z depresja, ale nie w depresji", która ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego, Ewa Woydyłło spotka się z czytelnikami: 14 marca w Katowicach (Empik CH Silesia), 15 marca we Wrocławiu (Empik Renoma) oraz 16 marca w Poznaniu (Empik Megastor)."


A jak nie jestem człowiekiem...? xD Tak na marginesie, to akurat 15 marca mam urodziny xDD



"Anhedonia, czyli uwięziona radość życia.


Nie musisz całe życie walczyć. Nie musisz spełniać oczekiwań innych. Nauczyć się cieszyć tym, co już osiągnąłeś. To przesłanie tegorocznych spotkań w ramach Forum Przeciw Depresji.

- Coś było ze mną nie tak. Zawsze wydawało mi się, że jestem optymistką. Aż tu nagle taka zmiana. Nic nie dawało mi radości. Było mi wszystko jedno. Nie odbierałam telefonów, nie odpisywałam na mejle. Zamknęłam się w sobie. Z nikim nie chciałam być. Nikomu nie chciałam opowiadać o swoim kłopocie. O swojej chorobie. O depresji - powiadała pani Anna na spotkaniu, które odbyło się w środę w ramach Forum Przeciw Depresji.

Na początku jakoś sobie radziła. Nie poddawała się. Ale było coraz gorzej. - Niemal w ogóle przestałam spać. Zasypiałam na 15 minut i budziłam się z lękiem. W sklepie najprostsze, codzienne zakupy sprawiały mi trudność. Bez powodu, nagle w autobusie wybuchałam płaczem – opowiada pani Anna. Wtedy postanowiła zacząć się leczyć. Najpierw do swoich kłopotów przyznała się córce, potem opowiedziała o nich koleżance. Ta pomogła jej znaleźć bardzo dobrego psychiatrę. Od tego czasu minęły dwa lata. Wróciła jej radość życia. Znów cieszą ją drobne przyjemności, jak choćby świeżo parzona poranna kawa.

Historia pani Anny to przykład typowej osoby chorej dziś na depresję. Teraz chorują bowiem na nią nie tylko osoby, które doświadczyły nieszczęścia, ale także ludzie spełnieni zawodowo, zamożni, określani mianem ludzi sukcesu. – Dawniej nasi pacjenci leżeli w szpitalu. Dziś to są fighterzy, którzy za żadną cenę nie chcą się poddać chorobie, którzy chodzą do pracy, odwożą dzieci do przedszkola, ale nic nie daje im radości. Nic nie mamy przeciwko temu, by chory na depresję pracował, ale taki heroizm nie ma sensu – mówi prof. Bartosz Łoza z Kliniki Psychiatrii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Na szczęście, są dobrzy specjaliści, którzy mogą pomóc tym chorym, a ponadto w ciągu ostatnich kilku lat pojawiły się dwa nowe skuteczne leki.

By jednak rozpocząć leczenie, trzeba umieć przyznać się do własnej słabości. - Nic nie da zamknięcie się w sobie, nie przyznawanie się do choroby, nie mówienie o niej -mówi prof. Łoza. Wie o tym doskonale pani Anna, ale przyznaje, że nie jest to proste. - Ludzie, którzy mnie otaczali, byli zdziwieni, gdy mówiłam, że nie daję rady. Wielokrotnie słyszałam: „Jak to ty sobie nie poradzisz. To nie możliwe, ty nie możesz mieć depresji”. Zaczynałam im wierzyć. I brnęłam dalej – mówi pani Anna.

Czuła się jednak coraz bardziej wypalona. Zapominała, że dawniej miała pasje, zainteresowania, że nawet małe rzeczy sprawiały jej radość. Odkryła to wszystko, gdy zaczęła terapię. - Leki cudownie zadziałały – mówi. Zaczęła znowu pracować, ale co najważniejsze praca znowu dawała jej radość. – Zastanawiałam się, kiedy wrócę do dawnej ja – mówi. Poczuła się silna i uznała, że leki nie są jej już potrzebne, że sama sobie w życiu poradzi.

Trzy miesiące później choroba znowu wróciła. Pani Ani musiała więc zacząć brać leki. – Odstawienie leków bez konsultacji z lekarzem to najczęstszy błąd, jaki popełniają nasi pacjenci. Ale nie jedyny. Wielu, jak pani Ania, ogląda się za siebie i marzy, by wrócić do tego co było kiedyś, do czasów sprzed choroby. A to nie jest możliwe. Trzeba zmienić nastawienie i nauczyć się żyć w nowej rzeczywistości – mówi prof. Łoza.

W ciągu ostatnich dziesięciu, dwudziestu lat zmienił się jednak nie tylko profil chorego na depresję. – Zmieniło się też podejście do ludzi chorych, coraz więcej wiedzą o depresji zwykli ludzie, nie-lekarze, a chorzy mają coraz lepszą opiekę – uważa Olga Bończak, aktorka, której dwa razy w życiu przyszło pomagać bardzo bliskim osobom z depresją. Najpierw dziesięć lat temu zachorował jej ówczesny mąż. - Wtedy o chorobie nic nie wiedziałam. Kiedy Jacek zamknął się w sobie, myślałam, że to typowa reakcja artysty na recenzje krytyków, że tak odreagowuje ich opinie. Nie przypuszczałam, że to poważny stan – opowiada aktorka. Najgorsze jednak było, kiedy pan Jacek zaczął leczenie. – Chyba nie miał właściwej terapii. Jego stan się pogarszał, a ja nie wiedziałam jak mu pomóc. Próbowałam porozmawiać o tym z lekarką, ale ta mnie zbyła.

- Powiedziała, że leczy tylko pacjenta, a nie całą jego rodzinę. Byłam bezradna i bałam się, bo choroba mojego męża ocierała się o agresję – mówi Olga Bończak. 
Zupełnie inaczej opowiada o depresji swojej przyjaciółki. – Nie dość, że wiele więcej wiedziałam o chorobie, to na dodatek Beata trafiła pod opiekę doskonałych lekarzy. Pomagali nie tylko jej, ale także ja mogłam się ich poradzić. Zapytać, co zrobić, by mądrze pomóc, a nie osaczać przyjaciółki – mówi Olga Bończak i dodaje: – Jestem pewna, że Beata wkrótce wyjdzie z choroby. Te doświadczenia życiowe pokazały mi też, że często stawiamy sobie zbyt wielkie wymagania, że próbujemy spełnić oczekiwania innych, zamiast czerpać radość z tego, co już osiągnęliśmy.

TAK NA MARGINESIE... 
„Nie potrafisz cieszyć się życiem. Jesteś taki sam jak ten twój Nowy Jork. Jesteś wyspą”. To cytat z filmu Woody’ego Allena „Annie Hall”. Obraz miał się początkowo nazywać „Anhedonia”, ale tytuł wydał się zbyt dziwny i przez to mało nośny z marketingowego punktu widzenia. Producenci przekonali więc Woody’ego Allena, by go zmienił. Tytuł „Annie Hall” był zatem kompromisem, który udało się z wielkim trudem osiągnąć zaledwie kilka tygodni przed premierą."



"Osoby z depresją mimowolnie pogarszają sobie nastrój.


Spacer, kino albo inne zajęcia poprawiające nastrój nie zawsze pomagają cierpiącym na depresję lub lęki. Dzieje się tak dlatego, że jednocześnie chorzy mimowolnie sami pogarszają sobie nastrój przez "czarne" myśli - wynika z badań dr Magdaleny Nowickiej z SWPS.

Badania wykazały, że wbrew powszechnemu, intuicyjnemu przekonaniu, iż depresja i lęk związane są z nieumiejętnością poprawy nastroju, zarówno osoby cierpiące na depresję, jak i stany lękowe potrafią uruchomić kontrolowane strategie poprawy nastroju (np. wybrać się na spacer bądź do kina, aby poprawić sobie samopoczucie).

- Czasem zabiegi te pozostają jednak nieskuteczne z powodu automatycznie działających zabiegów obniżania nastroju - tłumaczy autorka badań.

Chodzi o to, że zarówno ci, którym dokucza depresja, jak i pacjenci z lękami w sposób niezależny od woli "uruchamiają poznawcze i behawioralne zabiegi zmierzające do pogorszenia nastroju", czyli odruchowo zaczynają robić lub myśleć coś, co pogłębia ich zły nastrój.

- W depresji są to przede wszystkim zabiegi związane z nasilaniem przeżywanego już nastroju negatywnego (np. utrzymywanie przekonania, że po jednym niepowodzeniu zaraz przyjdą następne), w przypadku lęku - osłabiania nastroju pozytywnego (np. przypisywanie własnych sukcesów innym i przekonanie o własnej niekompetencji)" - wyjaśnia badaczka.

Najtrudniej jest najciężej chorym. Nie tylko rzadziej decydują się oni na świadomą aktywność poprawiającą nastrój, ale też słabiej ona na nich działa.

- Osoby depresyjne i lękowe, w tym zarówno cierpiące na zaburzenia o charakterze klinicznym, jak i osoby z zaburzeniami nastroju, które nie wymagają interwencji terapeuty (tzn. subklinicznie depresyjne), mimowolnie i automatycznie obniżają swój nastrój. Obie grupy badanych potrafią stosować kontrolowane metody poprawiające nastrój. Jednakże pacjenci kliniczni są do tego zdolni w mniejszym stopniu, gdyż większy wpływ na ich psychikę mają zabiegi automatyczne, którym się łatwo poddają. Osoby subklinicznie depresyjne, w odróżnieniu od osób wymagających leczenia, mogą same zapanować nad gorszymi momentami związanymi z obniżeniem nastroju - mówi dr Nowicka.

Jej zdaniem, wyniki badań sugerują, że osoby cierpiące na kliniczną postać depresji lub lęków powinny być zachęcane przez terapeutów do stosowania zabiegów kontrolowanych, tak aby z czasem poprawa nastroju stała się u nich działaniem zautomatyzowanym.

Zaburzenia związane z pogorszeniem nastroju stanowią jeden z najbardziej rozpowszechnionych problemów psychicznych. Szacuje się, iż około 20 proc. dorosłych oraz nawet 50 proc. dzieci i młodzieży cierpi na objawy związane z pogorszeniem stanu emocjonalnego, które coraz częściej wymagają interwencji klinicznej.

Projekt badawczy "Specyfika regulacji nastroju u osób depresyjnych i lękowych" został zrealizowany w ramach grantu promotorskiego finansowanego przez MNiSW pod kierunkiem prof. Magdaleny Marszał-Wiśniewskiej. Badania zrealizowała dr Magdalena Nowicka z Katedry Różnic Indywidualnych SWPS. W ramach projektu zrealizowano trzy główne badania w latach 2009-2010. W pierwszym badaniu przebadano 39 pacjentów psychiatrycznych z rozpoznaniem depresji jednobiegunowej, 31 pacjentów psychiatrycznych ze zdiagnozowanymi w momencie rozpoczęcia badania zaburzeniami lękowymi uogólnionymi, zaburzeniami lękowymi z napadami lęku (lęk paniczny) oraz z zaburzeniami obsesyjno-kompulsyjnymi z przewagą myśli czy ruminacji natrętnych oraz 39 osób zdrowych. W dwóch kolejnych grupę badanych stanowili studenci warszawskich szkół wyższych, u których diagnozowano poziom nasilenia objawów depresyjnych i lękowych za pomocą metod kwestionariuszowych.

We wszystkich badaniach deklarowaną częstość stosowania kontrolowanych zabiegów regulacji nastroju mierzono za pomocą specjalnie skonstruowanego do tego celu kwestionariusza. W drugim i trzecim badaniu wykorzystano dodatkowo metody eksperymentalne, mające na celu analizę rzeczywistych zmian nastroju zachodzących u osób badanych w sytuacji badania. W tym celu wykorzystano w sposób nowatorski emocjonalną wersję testu decyzji leksykalnych, stosowanego dotychczas w psychologii głównie w celu badania specyfiki funkcjonowania poznawczego."



"Kiedy człowiek wybiera śmierć. Prof. Konrad Michel dla "Newsweeka".


Prawdziwi faceci ze wszystkim radzą sobie sami – ten stereotyp sprawia, że wśród samobójców jest tak dużo biznesmenów i polityków – mówi psychiatra prof. Konrad Michel.

Newsweek: Czy istnieją takie sytuacje w życiu, z których jedynym wyjściem jest samobójstwo? 
Prof. Konrad Michel: Ponad połowa ludzi w każdej populacji – bardzo wyraźnie pokazują to wszystkie badania – nigdy nie rozważała samobójstwa jako realnej możliwości. Ci ludzie żyją w tym samym świecie, co samobójcy, doświadczają tych samych trudnych sytuacji, a jednak w żadnym momencie życia nie próbują rozwiązać swoich problemów przez śmierć. Nigdy nie wydaje im się ona żadnym wyjściem.

Newsweek: A może czasem mimo wszystko nim jest?
Prof. Konrad Michel: Nigdy niczego takiego nie widziałem. Całe życie zajmuję się prewencją samobójstw, rozmawiałem z tysiącami pacjentów po próbach samobójczych, zapoznałem się z tysiącami opisów przypadków ludzi, którzy popełnili samobójstwo, i mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że są sytuacje, w których ludziom się wydaje, że jedynym wyjściem jest śmierć, ale zawsze w takim przypadku się mylą.

Newsweek: Ktoś, kto decyduje się na tak drastyczny krok, musi być przekonany, że nie ma innej możliwości. Na czym pana zdaniem opiera się taka ocena sytuacji? 
Prof. Konrad Michel: Nakładają się tutaj trzy problemy. Po pierwsze, perspektywa samobójstwa pojawia się zazwyczaj wtedy, kiedy życie człowieka – zawodowe lub osobiste, albo jedno i drugie – w sposób drastyczny się załamuje i nie jest on w stanie dalej realizować swoich celów. Po drugie, ludzie, którzy popełnili samobójstwo albo podjęli taką próbę, cierpią najczęściej na rozmaite zaburzenia psychiczne. Szacuje się, że od 50 do 70 proc. takich osób cierpi na kliniczną depresję. Po trzecie zaś, kiedy oba te czynniki, czyli załamanie życiowe i depresja, nałożą się na siebie, daje o sobie znać dość powszechne dla współczesnej zachodniej kultury zjawisko, czyli nieumiejętność szukania pomocy. Czy raczej niezdolność do radzenia sobie z własną słabością. Taka bezradność, wyrażająca się w nieumiejętności zwrócenia się o pomoc, charakterystyczna jest przede wszystkim dla aktywnych zawodowo mężczyzn. Dla biznesmenów czy polityków. Oni często są zbyt dumni, żeby poprosić o pomoc.

Newsweek: Wolą się zabić, niż przyznać do słabości?
Prof. Konrad Michel: Tak, wolą się zabić. Wizyta u psychiatry jest cały czas postrzegana w większości krajów zachodnich jako dowód słabości. Siła tego stereotypu jest nieprawdopodobna. W Stanach Zjednoczonych – do których przylgnęła nieprawdziwa łata psychiatrycznego społeczeństwa – organizowane są nawet kampanie społeczne adresowane do mężczyzn. „Prawdziwy facet, prawdziwa depresja” – to jedno z haseł używanych w takich kampaniach. Stereotyp, a także nakaz społeczny, presja wytwarzana przez otoczenie sugerują bowiem coś dokładnie odwrotnego – prawdziwi faceci radzą sobie ze wszystkim sami.

Newsweek: Andrzej Lepper, zmarły śmiercią samobójczą polski polityk, był właśnie w ten sposób postrzegany. 
Prof. Konrad Michel: Czytałem o nim. Wiem, że był bardzo wyrazisty, miał radykalne poglądy, a jego metody działania i zachowanie wywoływały kontrowersje. Myślę, że Lepper doskonale pasuje do wzorca, o którym mówię. Tacy mężczyźni żywią często bardzo głębokie przekonanie, że są niezniszczalni. Że każdą trudność i każdy problem są w stanie – i muszą – pokonać samodzielnie. Tymczasem to przekonanie jest całkowicie nierealistyczne. Nie istnieją ludzie samowystarczalni. Istnieją natomiast ludzie, którzy wyobrażają sobie, że tacy są. I to oni bardzo często popełniają samobójstwo.

Newsweek: Wielu polskich dziennikarzy i polityków zareagowało na śmierć Leppera niedowierzaniem dokładnie z tych powodów, które pan wymienia jako najbardziej charakterystyczne dla samobójców. 
Prof. Konrad Michel: Otóż to. Wiele cech uchodzących w powszechnym odbiorze za oznaki siły w istotny sposób łączy się z podwyższonym prawdopodobieństwem samobójstwa. Na przykład impulsywność czy agresja. Ludzie, którzy z natury działają impulsywnie i agresywnie, popełniają samobójstwa częściej niż ci, którzy nie mają takich cech.

Newsweek: Ich agresja zmienia tylko kierunek – z obiektów zewnętrznych przenosi się na nich samych.
Prof. Konrad Michel: Ale nie bez powodu. Kluczową rolę odgrywa coś, co w psychiatrii określa się mianem obrazu siebie. Każdy z nas w ciągu całego życia tworzy sobie taki obraz – niekoniecznie adekwatny, często złożony z rozmaitych życzeń, fantazji czy marzeń. Jest on poddawany nieustannej weryfikacji, nieustannie zderza się z rzeczywistością. 
Ludzie, którzy – tak jak Andrzej Lepper – wywodzą się raczej z biednych środowisk i do wszystkiego dochodzą sami, w bardzo dużym stopniu budują obraz siebie na podstawie swoich zewnętrznych osiągnięć: pozycji społecznej, dochodów, także popularności, sympatii czy podziwu, jakim darzą ich inni. Takie osoby mają tendencję do stawiania wszystkiego na jedną kartę, mają poczucie, że stworzyli swoje życie – i siebie – niejako od zera, a zatem wszystko, co realne, to ich sukcesy. Dlatego żyją w ogromnym napięciu, w często tłumionym, ale nieustannym stresie i lęku przed utratą tego, co sobie wypracowali. Porażka równa się w ich odczuciu całkowitej zagładzie. Rzeczywistość jest czarna albo biała. Albo jestem na szczycie, albo na dnie. Nie ma stanów pośrednich. Nie ma miejsca na zróżnicowanie i niuanse, z których składa się realne życie. 
Ludzie o stabilnej psychice potrafią przechodzić w życiu rozmaite fazy – mniejsze lub większe porażki, mniejsze lub większe sukcesy – nie tracąc jednocześnie pewnego elementarnego poczucia równowagi. Ich obraz siebie nie zależy w tak ogromnym stopniu od zewnętrznych osiągnięć, od zewnętrznej pozycji. Osoby, które później podejmują próby samobójcze, wtedy, gdy odnoszą porażkę, mają poczucie, że tracą wszystko. Nie mogą już dalej realizować swoich celów, nagle znajdują się w pustce. Wtedy zaczyna się u nich rozwijać depresja, pojawiają się myśli samobójcze. Jeszcze przez pewien czas – dłuższy lub krótszy – podtrzymują ten dawny, wyidealizowany obraz siebie. Ale w pewnym momencie nie są już w stanie dalej się okłamywać.

Newsweek: Co decyduje o tym, kiedy taki moment ostatecznie nadchodzi? Znajomi Andrzeja Leppera twierdzili, że nie zauważyli w jego zachowaniu nic, co mogłoby zapowiadać tragedię. Na kilka dni przed śmiercią rozmawiał z nimi, robił plany, umawiał się na spotkania. Tak postępuje zresztą wielu samobójców. Ale komuś, kto nigdy nie miał takich myśli, wydaje się to wręcz niewyobrażalne. 
Prof. Konrad Michel: Każde samobójstwo jest na swój sposób tajemnicze. W każdym jest coś, o czym się nigdy nie dowiemy. Coś bardzo osobistego, niewyrażonego za życia, a tym bardziej niemożliwego do odtworzenia po śmierci. Coś, czego możemy się tylko domyślać. Rozmawiałem z wieloma ludźmi, którzy podejmowali próby samobójcze, i na tej podstawie – a także na podstawie doświadczeń innych psychiatrów – mogę powiedzieć, że za każdym samobójstwem stoi jakaś logika. Czasami bardzo osobista, niepowtarzalna. Za każdym samobójstwem, mówiąc inaczej, stoi jakaś historia, jakaś spójna opowieść, na którą składa się indywidualny splot myśli i emocji uzależniony w dużym stopniu od biografii, osobowości i wielu innych czynników. 
Są jednak pewne powtarzające się schematy zachowań. I można wśród samobójców wyróżnić – zastrzegam, że to klasyfikacja bardzo generalna – dwie zasadnicze grupy. Członkowie pierwszej przez długi czas od momentu podjęcia decyzji o odebraniu sobie życia potrafią żyć, jak gdyby nic się nie działo. W sensie zewnętrznym, społecznym funkcjonują doskonale. Choć ich wewnętrzny obraz siebie już dawno uległ destrukcji, fasada pozostaje nienaruszona. Robią plany, umawiają się na spotkania, wykupują wakacje i nagle, z pozoru bez przyczyny, popełniają samobójstwo. Członkowie drugiej grupy działają bardziej impulsywnie, najczęściej w bezpośredniej reakcji na jakieś mniej lub bardziej dramatyczne wydarzenie: utratę pracy, partnera, jakichś innych dóbr. Te dwie grupy łączy jednak jedno – nie ma samobójstwa bez przyczyny. Zawsze jest jakiś impuls, jakiś wyzwalacz.

Newsweek: W życiu Andrzeja Leppera pomiędzy czwartkiem, kiedy rozmawiał ze współpracownikami, a piątkiem, kiedy się powiesił, nic się w sensie obiektywnym nie zmieniło. Choć być może on dostrzegł w swoim położeniu coś, czego wcześniej nie widział. 
Prof. Konrad Michel: Tym wyzwalaczem najczęściej jest depresja. Zakładam, że Andrzej Lepper miał depresję. W przypadku polityków najpierw odnoszących sukcesy, a później doświadczających dotkliwej porażki – i nie tylko w przypadku polityków – depresja staje się podstawowym czynnikiem zwiększającym ryzyko samobójstwa. Wtedy wszystkie ciemne i negatywne strony osobowości i sytuacji, w jakiej ktoś się znalazł, ulegają wyolbrzymieniu, wyostrzeniu. 
Kiedy ktoś odnosi same sukcesy i wszystko mu się układa, jego obraz siebie staje się coraz bardziej pozytywny, pozbawiony negatywnych cech. Są one bowiem – rozmaite słabości, niedoskonałości, kompleksy, lęki – spychane na drugi albo trzeci plan. Gdzieś pod poziom świadomości. Kiedy jednak pojawia się depresja, a wraz z nią kłopoty ze snem, radykalny spadek nastroju czy natrętne myśli, wtedy wszystko to, co było tak starannie izolowane, wraca ze zwielokrotnioną siłą. Ludzie myślą, że ich życie jest kompletnie nic niewarte, że nic już nie da się zrobić. Jedynym wyjściem z takiej sytuacji wydaje im się śmierć. 
Jestem psychiatrą i przy każdej nadarzającej się okazji zawsze podkreślam: depresja jest chorobą, którą można i należy leczyć. Większość moich pacjentów to ludzie, którzy przez miesiące, a nawet lata potrafili świetnie funkcjonować społecznie, a jednocześnie żyli w rozpaczy. Rzecz w tym, że leczenie trzeba podjąć jak najszybciej – najlepiej już przy pierwszych symptomach. Bo nieleczona depresja z dużym prawdopodobieństwem prowadzi do samobójstwa. Podkreślam – nie ma samobójstw, które biorą się z niczego.

Newsweek: W zachodniej kulturze mamy jednak tradycję dokładnie przeciwną tej, którą pan reprezentuje. Myślę tu z jednej strony o filozofii, która wielokrotnie występowała w obronie samobójstwa jako racjonalnego, możliwego sposobu zakończenia życia. Z drugiej – o takich postaciach jak Thomas Szasz, słynny antypsychiatra, autor kilku książek o samobójstwie, który twierdzi, że psychiatryczna prewencja to tak naprawdę zamach na naszą wolność.
Prof. Konrad Michel: Oczywiście, że mamy prawo decydować o swoim życiu i śmierci. Ale te stanowiska, o których pan mówi, to pewnego rodzaju ekstremum. Thomas Szasz jest – delikatnie mówiąc – daleko od rzeczywistości. Dzisiejsza medycyna dysponuje niezwykle precyzyjnymi narzędziami obrazującymi procesy neurofizjologiczne. W przypadku depresji i samobójstwa nie ma mowy o żadnej wolności. Widać to bardzo wyraźnie – mózg człowieka cierpiącego na depresję funkcjonuje nieprawidłowo. Taki człowiek nie jest w stanie racjonalnie ocenić swojej sytuacji, nie jest sobą. Dzisiejsza nauka naprawdę dobrze rozpoznała te procesy. Nie znaczy to, że mamy doskonałe sposoby leczenia, do tego nam jeszcze daleko, ale mechanizmy chorobowe rozumiemy już w stopniu bardzo zaawansowanym.

Newsweek: Chce pan w gruncie rzeczy powiedzieć, że nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby z własnej woli odejść z tego świata?
Prof. Konrad Michel: Dokładnie tak uważam. Zdrowy psychicznie człowiek nigdy się nie zabije. Sytuacja, w której ktoś niecierpiący na depresję albo inne zaburzenia psychiczne dokonuje racjonalnego bilansu swoich porażek i sukcesów, a w jego rezultacie wybiera śmierć, to kompletna abstrakcja. Możliwa tylko w teorii. W praktyce – absolutnie nie."

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz