niedziela, 24 marca 2013

Snu część trzecia. / Sakhe.

Wraz z niemieckimruskiem wdrapałyśmy się i weszłyśmy przez okno domu (poza snem to budynek z LZS, biblioteką, remizą strażacką oraz salą, gdzie czasami są imprezy) jednej z jej klasowych znajomych. Byłyśmy w pokoju dziewczyny, która obchodziła wtedy swoje urodziny. W pomieszczeniu nie było nikogo, prócz mnie i niemieckiegoruska. Zaczęła pakować do worka "trochę" rzeczy... "A ty nic nie bierzesz?" - powiedziała do mnie. Bez chwili namysłu po spojrzeniu na malutką plastikową łyżkę, wzięłam ją i wyszłyśmy drzwiami z pokoju. Schodami wchodziło na górę kilka jakże słitaśnych kreatur ze szkoły, do której chodzę. Minęłyśmy ich. Gdy zeszłyśmy po górnych schodach, znalazłyśmy się na drewnianym krążku, który najwyraźniej lewitował, jednak sprawiał pozory najzwyklejszej podłogi. Nie zauważyłam jak niemieckirusek zeszła na dół. Patrzałam przez chwilę oczami tego gimbusa z podstawówki. Była na dole. Wychodząc ogromnymi metalowymi drzwiami, spostrzegła pomieszczenie skute lodem ze śniegiem. Po prawej stronie siedziały Jeźdźcy Apokalipsy, będące chichoczącymi strażnikami przejścia, zaś po lewej stało kilka osób z naszej gimbazy. Nim zrobiła krok - znikła... Z powrotem patrzałam ze swojego punktu widzenia. Nadal stałam na "lewitującym krążku", nie wiedząc jak dostać się na dół, gdyż schody były ułożone w sposób utrudniający zejście po nich. Nie wiem jak opisać owe schody (lewitowały jak w/w krążek). Udało mi się rękoma chwycić za pierwszy od góry. Zacisnęłam zęby. Puściłam ręce, za czym szło spadnięcie z wysokości piętnastu metrów. Czułam upadek. Po mojej lewej stała solenizantka, mówiąca coś do mnie, związanego z workiem, który przed chwilą niosła niemieckirusek. Zignorowałam ją i pomimo bólu - kierowałam się do drzwi, za którymi zniknęła gimbus z podstawówki. Otworzyłam je bez jakichkolwiek problemów. Gdy weszłam do mroźnego korytarza, usłyszałam okrzyki radości Jeźdźców Apokalipsy oraz pomruki na mnie ze strony kreatur stojących po lewej. Przeszłam po skutym lodem podłożu. Wyszłam z budynku. Podjechała autem moja mama z jedną kuzynką. Pojechałyśmy w stronę podstawówki. Widoczny był lekki dym. Czułam podejrzany zapach... Będąc obok pola za spożywczakiem, na którym jeździły ogromne wyścigówki z niektórymi częściami od samolotów. To były statki kosmiczne. Wytwarzały oślepiające wręcz promienie.
Ja: Co oni robią?
Mama: Szukają czegoś z drugiej wojny światowej.
Zanim przyjechałyśmy pole było jeszcze bardziej poharatane. Punkt widzenia zmienił się na taki, jakbym była samą duszą obserwującą zdarzenia. Zbliżając się bardziej do spożywczaka ujrzałam Tkacza drącego się na osobnika z naszej klasy w sprawie barierek przy drodze. Jakby go nazwać... Calv? Nie wiem czemu to akurat mi wpadło do głowy, ale nie chce mi się wymyślać innego określenia, więc przystanę na tym. Wracając do ich dyskusji, Tkaczu był oburzony, przeklinał (co jest właściwie normą) i krzyczał na Calv'a, że powiedział coś źle o barierkach, co najwyraźniej doprowadziło do walnięcia w nie owymi statkami kosmicznymi. Calv się jąkał (co też jest normą), kłamiąc, iż twierdził tak jak Tkaczu od samego początku.

KONIEC SNU.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz